O mnie

Parzenie Kawy to prywatny projekt Marka Zielińskiego — księgowego z Krakowa, nie baristy — prowadzony z kuchni o powierzchni 6 m².

Nazywam się Marek Zieliński, urodziłem się w 1980 roku i pracuję jako księgowy. Nie jestem baristą ani ekspertem od kawy. Mówię to na początku, bo to najważniejsze zdanie na tej stronie: nie piszę z kawiarni wyposażonej w wagę i refraktometr, tylko ze zwykłej kuchni, w której kawę parzę od kilkunastu lat. Piszę dla ludzi, którzy piją kawę o 6:40 rano, przed pracą — nie dla sklepów z ekwipunkiem. Do rzeczy specjalistycznych czasem warto iść do dobrej palarni i zapytać. Ja tu opisuję tylko to, co sam sprawdziłem.

Zaczęło się od młynka ostrzowego, którego używałem do 2015 roku. Przez trzy lata kawa wychodziła raz kwaśna, raz gorzka, i winiłem parzenie, ziarno, pogodę — wszystko oprócz mielenia. Kiedy wymieniłem ostrza na żarnowy młynek, problem zniknął sam. Lekcja była prosta i kosztowała mnie lata: młynek jest ważniejszy od dzbanka.

Druga lekcja przyszła w 2016 roku. Zalałem drobno zmieloną kawę wodą prosto z czajnika, tuż po wrzeniu — wyszła gorzka tak, że nie dało się jej pić. Od tego czasu czekam 30–60 sekund albo sprawdzam temperaturę termometrem. 92 °C robi z tej samej kawy zupełnie inny napój.

Dlaczego nazwa po polsku? Bo „parzenie kawy” to po prostu to, co robię — nazwa była wolna i nie musiałem jej ani tłumaczyć, ani obramowywać w wyjaśnienia. Wszystkie sprytniejsze propozycje były zajęte albo brzmiały jak strona reklamowa. Została najzwyklejsza fraza, która mówi dokładnie, o czym jest ta strona.

Dlaczego piszę po polsku, skoro o kawie najwięcej jest po angielsku? Bo te przewodniki pisane są dla innych warunków: twarda woda, inne kranówki, inny sprzęt na rynku. W Krakowie kranówka jest miękka — ekstrakcja wychodzi jaśniejsza i bardziej kwaśna niż w nagraniach z innych rejonów, a porady o kamieniu i odkamienianiu u nas prawie nie mają zastosowania. Po polsku nikt tego w całości nie opisywał, więc opisałem to sam.

Cały warsztat mieści się w kuchni o powierzchni 6 m²: żarnowy młynek z 2019 roku, waga z rozdzielczością 0,1 g, termometr, dzbanek z cienkim dziubkiem kupiony używany i stożkowy dripper. Żadnego sprzętu, którego nie da się schować do szuflady — i żadnych marek, bo liczą się parametry, nie logotypy.

I jedna granica obowiązuje zawsze: nie piszę o zdrowiu — od tego jest lekarz. Nie doradzam żadnych dawek kofeiny i nie polecam konkretnych modeli. Opisuję metody, które sprawdziłem; resztę zostawiam tym, którzy robią to zawodowo.

Co dostajesz na tej stronie

  • Opisy metod zapisane tak, jak je sam parzę — z gramami, stopniami i czasami, nie z „łyżek”.
  • Krakowskie realia: miękka woda z kranu i to, co z niej wynika dla ekstrakcji — odwrotność wielu poradników.
  • Także porażki: młynek ostrzowy, wrzątek i cold brew z 2020 roku — z wnioskami, żebyś ich nie powtarzał.
  • Żadnych poleceń marek ani modeli: piszę o kategoriach sprzętu i parametrach, które mają znaczenie.
  • Zapis w formie „Ty” — jak rozmowa przy kuchennym blacie, bez baristycznej terminologii.